Makowe Pole

Czy to pasuje?- o turkusowych meblach :)

Czy to pasuje?- o turkusowych meblach :)

Czy to pasuje?- o turkusowych meblach :)

Własny dom czy nawet najmniejsze własne mieszkanie daje możliwości spełnienia marzeń o otoczeniu, które będzie współgrało z tym, co w nas.

Gdy przeprowadzaliśmy się do naszego domu na wsi z wynajętego dwupokojowego mieszkania w bloku miałam to niesamowite poczucie pełni możliwości kształtowania mojego otoczenia. Przynajmniej tego najbliższego, w ramach naszych „czterech kątów”.  Mogłam pomalować ściany na dowolny kolor, mogłam poustawiać wszystko, tak jak mi się podoba. Oczywiście nie wszystko tak naprawdę mogłam, bo mocno ograniczały nas fundusze, a poza tym pewne decyzje narzuca projekt domu, jego usytuowanie względem stron świata i inne takie rzeczy, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Ale nadal pozostaje mnóstwo przestrzeni- dosłownie i w przenośni- żeby zrealizować swoje pomysły. I tu muszę Wam wyznać coś, co odkryłam i co bardzo, bardzo mnie zaskoczyło.

Otóż okazało się, że nagle na każdy mój pomysł zaczęłam patrzeć oczami kogoś innego. Chcę czarny prosty kominek! Co? A czemu prosty? Bez półeczki na bibeloty? A czemu czarny? Chcę białe panele na podłogi. Białe? I wszystko będzie takie białe, jak w szpitalu (Swoją drogą, chyba w żadnym szpitalu nie widziałam białych podłóg. A poza tym nie wszystko będzie białe, bo przecież kominek czarny!).  Chcę proste, kwadratowe kafelki do łazienki. Takie zwykłe? Jak kiedyś, kiedy były tylko dwa rodzaje do wyboru? (A co się naszukaliśmy takich białych, prostych, kwadratowych kafelków to nasze!) Większość z tych komentarzy naprawdę padało z ust naszych bliskich, albo z ust panów tynkujących/malujących/montujących i z nimi jakoś tam sobie, przez przekorę, radziłam. Najgorzej jednak było z tymi, które powstawały w mojej własnej głowie.

Pisałam Wam niedawno o zalipiańskich kwiatach, które namalowałam na ścianach nad schodami. Zanim to zrobiłam, również musiałam zmierzyć się z wątpliwościami, które tak naprawdę wcale nie były moje. Czy to nie będzie za kolorowe? (Za kolorowe dla kogo? Jak coś może być „za kolorowe”?), Czy to nie będzie kiczowate? (Ale ja lubię taki kicz!), Czy to mi się nie znudzi? (Jeśli tak, to zamaluję je!). Podobnie miałam z meblami, o których dziś chcę Wam opowiedzieć.

Do naszego pierwszego wynajmowanego mieszkania w Warszawie, od razu po ślubie, kupiliśmy drewniane meble z wiadomego sklepu na I. Kredens, komodę z przepastnymi szufladami i sekretarzyk.  Przeprowadziły się one z nami do mieszkania w Wyszkowie, ale z czasem przestały się tam mieścić: sekretarzyk oddałam na przechowanie rodzicom, kredens powędrował do pracowni i sklepiku Makowego Pola, który właśnie otwierałam.  Dopiero po przeprowadzce do domu mogły ponownie z nami zamieszkać. Wtedy pomyślałam, że chętnie pomalowałabym je na turkusowo (to ewidentnie kolor mojej duszy 😉 ). Łukasz nie miał nic przeciwko temu. Ale ja zaczęłam się zastanawiać: czy to pasuje? (nie pytajcie mnie dziś komu i do czego miało pasować, bo już nie pamiętam, wiem tylko, że tak brzmiało to moje wewnętrzne pytanie), czy w ten sposób nie popsuję tych mebli? A co, jak wyjdzie brzydko i nie da się tego odwrócić? A co jak mi się znudzi ten kolor? Kolor drewna ze wszystkim się dobrze komponuje, a turkus nie (a wokół biel ścian i podłóg 🙂 ). I tak sobie dyskutowałam ze sobą ponad rok.

Po roku zdecydowałam się kupić farbę kredową (chalk paint, nie mylić z farbą tablicową). Wiedziałam, że na pewno nie będę nic szlifować, usuwać bejcy i że potrzebuję mocno kryjącej, matowej farby, którą można po prostu nanieść na podłoże takie, jakie jest. Wybrałam kolor, dokupiłam bezbarwny wosk. I wcale nie od razu, ale jakiś czas później pomalowałam kredens i komodę.

 

Konsystencja farby kredowej była dla mnie dosyć niewdzięczna. Farba okazała się gęsta i trudna w rozprowadzaniu. Żeby uzyskać całkowicie kryjący efekt powinnam nałożyć co najmniej dwie warstwy farby, odczekać między każdą przynajmniej kilka godzin. Ale jestem okropnie niecierpliwa i chciałam wszystko zrobić „już”, więc warstwa farby jest jedna, a tam, gdzie były największe prześwity machnęłam po prostu pędzlem kilka razy. Na koniec wszystko przetarłam palcami, niedbale (tym razem z niedbałością zamierzoną 😉 ) złotą farbą akrylową. Po farbie wtarłam wosk, o ile dobrze pamiętam, dwukrotnie.

Sekretarzyk na swoją kolej musiał odczekać znów kilka miesięcy. Malowałam podobnie, tym razem z większą swobodą i niestety z jeszcze większą ilością błędów. Postanowiłam jednak upierać się, że „tak właśnie miało być” i dla wzmocnienia efektu shabby chic potraktowałam sekretarzyk papierem ściernym i zdarłam trochę farby tu i ówdzie.

Na konkurs bym tych mebli nie zgłosiła, ale codziennie na nie patrzę po przebudzeniu i jak dla mnie wygrywają 🙂  I pasują mi do wszystkiego! A przede wszystkim do mnie i do mojego życia 🙂

I nie wiem czemu miałam tyle wątpliwości. Ale skoro ja je miałam- a wydawało mi się, że w tego typu sprawach robię zawsze to, co mi w duszy gra- to może Wy też takie miewacie i potrzebujecie, żeby Wam powiedzieć, jaka to frajda pomalować sobie życie swoimi kolorami. A zatem mówię Wam: to przeogromna frajda! Polecam gorąco! 🙂

PS Jeśli chcielibyście pomalować sobie sami swoje meble, ale obawiacie się, że nie macie umiejętności, zachęcam Was do spróbowania- to naprawdę nie jest trudne! Pod warunkiem, że jesteście gotowi na niedoskonałości i odrobinę cierpliwsi niż ja 🙂 Moje wyglądałyby lepiej, gdybym dała przeschnąć farbie pomiędzy warstwami. I gdybym nieco dokładniej te warstwy farby nałożyła. Ważne jest też, żeby meble przed malowaniem oczyścić z kurzu i tłuszczu, wystarczy woda z delikatnym detergentem odtłuszczającym. Zawsze można spróbować pomalować coś małego i niezobowiązującego, na przykład taboret- mój malowała ze mną Ida 🙂

Ale jeśli marzy Wam się metamorfoza mebli, a nie chcecie tego robić samodzielnie, to polecam- jeśli jesteście z Wyszkowa lub okolic- wyszukajcie sobie na FB Kasię Wieczorek i jej Twórcze Fanaberie. Kasia wsparła mnie radą na etapie zakupów farby i widziałam na własne oczy, co potrafi zmalować, nie tylko na meblach! W innych miejscach też na pewno znajdziecie kogoś takiego.

 

3 thoughts on “Czy to pasuje?- o turkusowych meblach :)

  1. Marysia Kustusz

    Ja mam w pokoju szafę i komodę we fioletach – teraz są trochę od rzeczy, malowałam je prawie 10 lat temu, jeszcze jako panna i pod inną kolorystykę. Ale są. I lubię całkiem te odcienie, zwłaszcza że sama je „zrobiłam”, mieszając pigmenty w białej farbie.
    Z dużą szafą w ogóle miałam przeboje, bo była częścią dużej, starej meblościanki i.. pokrywała ją gruba warstwa lakieru. Papier ścierny w dłoń i zeszlifowałam!
    A Twoje meble – są bardzo Twoje! Ten kolor bardzo mi się z Tobą kojarzy! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *