Makowe Pole

„Pszczoły” Joachima Pettersona- książka, przez którą zaroiło mi się w głowie ;)

„Pszczoły” Joachima Pettersona- książka, przez którą zaroiło mi się w głowie ;)

„Pszczoły” Joachima Pettersona- książka, przez którą zaroiło mi się w głowie ;)

Dużo tu ostatnio piszę o marzeniach. W zasadzie całe Makowe Pole wyrosło z takich mniejszych i większych marzeń:  o twórczym życiu pełnym pasji i inspiracji, o dzieleniu się skarbami odkrytymi w codzienności z tymi, których spotykam, o przygodzie towarzyszenia dzieciom w ich odkrywaniu świata, o kolorowym domu, w którym wszyscy możemy się rozwijać zgodnie ze złożonymi w nas talentami. Gdy zakładałam blog, a było to już ponad dziesięć lat temu myślałam o tym, że bardzo chciałabym pisać na nim o ważnych dla mnie, pięknych i inspirujących książkach. Wiecie, jestem polonistką i  dawno, dawno temu, gdyby mnie zapytano, czym chciałabym zajmować się w swoim idealnym życiu, na pewno odpowiedziałabym, że czytaniem książek i pisaniem (o książkach i książek również 🙂 ). Udało mi się to pragnienie zrealizować częściowo: wielokrotnie pokazywałam Wam, co ładnego i ciekawego czytamy razem z dziećmi. Ale do pisania o własnych, dorosłych lekturach jakoś nie mogłam się zebrać… Widocznie wszystko ma swój czas. Zaczęłam kilka miesięcy temu dzielić się czytelniczymi zachwytami na Instagramie. A teraz chyba nadszedł moment na zrealizowanie tego punktu z Listy Marzeń także w formie dłuższych wpisów na makowym blogu 🙂

Na przełamanie lodów (no, bo luty w pełni i mrozek trzyma!) chcę Wam pokazać książkę, która sprawiła, że w mojej głowie zaroiło się wręcz od pomysłów i to z kilku różnych obszarów. 

 

Wczoraj, 14 lutego, swoją premierę miały „Pszczoły” Joachima Pettersona. To wspaniała od strony wizualnej, pięknie wydana przez Wydawnictwo Literackie książka, która łączy w sobie najlepsze cechy bogato ilustrowanego albumu tematycznego i kompendium wiedzy o pszczołach i pszczelarstwie.

We wprowadzeniu do książki autor dzieli się z nami opowieścią o początkach swojej przygody z pszczołami, o drodze ku pasji, która przez blisko trzydzieści lat jego życia wiodła go w zupełnie inną stronę. Momentem zwrotnym był wypadek i wieloletnia rehabilitacja, które zrobiły w zapracowanej codzienności Pettersona miejsce na refleksję „o tym, co w życiu jest ważne i ma znaczenie”. Owocem tej refleksji była decyzja o spróbowaniu swoich sił w hodowli pszczół.

Zawsze zdumiewa mnie ten schemat: pragnienie w sercu tlące się od najmłodszych lat, szukanie swojej ścieżki, próby, nauka i sukcesy na innych polach, mocne i nagłe zdarzenie, które każe zatrzymać się, a potem zmienić kierunek, a wreszcie wejście na właściwą drogę, odkrycie w niej tej wymarzonej ścieżki z dzieciństwa. I potem cud spełnionego życia, choć oczywiście nadal nie wolnego od trudu i przeciwności. Tak właśnie czytam tę książkę- jako radosny zapis z podróży właściwą drogą. I dlatego mnie ona zachwyca! Bo wspomniałam już, że mnie zachwyca? 🙂

Jeśli zechcemy potraktować „Pszczoły” jako podręcznik podstaw pszczelarstwa myślę, że również się nie zawiedziemy.

Dowiemy się z niej wiele o samych pszczołach, ich gatunkach, zwyczajach, życiu w pszczelej rodzinie,  o tym jak nektar z kwiatów staje się miodem. Jest rozdział o zakładaniu pasieki z poradami dla tych, którzy chcą zacząć, rozdział na temat tego, jak wygląda rok pszczelarza, jak dbać o pszczoły, o ule, a wreszcie jak zbierać miód.

Na końcu znajdziemy smaczny rozdział o miodzie właśnie, z kilkoma przepisami na miodowe specjały. Ale to już naprawdę deser po bardzo konkretnej porcji informacji. Powiem Wam, że czytałam tę podręcznikową część książki z zainteresowaniem równym lekturze beletrystyki 😉

Ale skąd w ogóle u mnie taka książka i zainteresowanie tym tematem? Jedna z moich ukochanych książek to „Sekretne życie pszczół” Sue Monk Kidd. Kocham ją (a także zrealizowany na jej podstawie film) nie ze względu na obecny w niej pszczeli motyw, ale przyznam, że sprawiła ona, że ten temat w ogóle pojawił się w obszarze moich zainteresowań, początkowo w najbardziej zewnętrznym ich kręgu. Potem przeczytałam „Historię pszczół” Mai Lunde  i uświadomiłam sobie istnienie problemu, jakim jest zmniejszająca się liczba pszczół i innych owadów zapylających. Jeśli nie znacie tej książki, to bardzo ją Wam polecam- po jej lekturze hodowanie kwitnących roślin balkonowych rośnie do rozmiarów czynu ratującego świat! 😉 Trochę żartem, ale też nie do końca.

W „Pszczołach” Petterson oczywiście też zwraca naszą uwagę na problem, ale nie wzbudza paniki. Podsuwa za to pomysły na poprawę sytuacji pszczół, z których skorzystać może w zasadzie każdy z nas: od doniczki z kwiatami wystawionej na okienny parapet w mieście, poprzez sadzenie miododajnych roślin w nawet najmniejszych ogródkach, po zaproszenie pszczół do przygotowanych do tego ogrodów ( z hotelami ze SPA i gniazdami 🙂 ).

O ile serce mi się wyrywa do siania kwietnej łąki na pół podwórka (mamy duże podwórko) i stawiania kolorowych uli (widziałam takie w naszej wsi, piękne!), o tyle wiem, że czasem warto zrobić mniej, ale konkretnie i z namysłem. Wyszukałam już sobie kilka roślin, które w porze kwitnienia mogą być wspaniałą stołówką dla zapylaczy, a jednocześnie dadzą sobie radę pod opieką na razie dopiero aspirującej ogrodniczki.

Ale Petterson napisał, że „nawet drobny wysiłek może oznaczać dużą różnicę dla pszczół miodnych i innych owadów zapylających”, więc myślę, że zacznę od tego drobnego, który leży w zasięgu moich możliwości. A zobaczymy, dokąd mnie to doprowadzi 🙂

PS Na zdjęciach oprócz książki słodki dodatek od Wydawnictwa Literackiego– miód z pasieki autora! 🙂 I cudna piernikowa pszczółka z Lawendowej Pasieki.